Rozbite lustro, czyli kilka uwag o rozeznawaniu duchowym

Na początku baśni Jana Christiana Andersena „Królowa śniegu” znajdujemy przypowieść o tym, jak to diabły zapragnęły zakpić z Boga, stawiając przed Jego obliczem krzywe zwierciadło. Jednak kiedy unosiły je w przestworza, nagle wypadło im ono z rąk i roztrzaskało się w drobny pył, a jego ziarenka utkwiły w oczach i sercach wielu ludzi, którzy odtąd przestali prawidłowo widzieć.

Przypowieść ta doskonale oddaje prawdę o zawodności ludzkiego postrzegania rzeczywistości, a opisana na kolejnych stronach baśni historia Kaja ukazuje, że nieraz potrzeba długiego procesu duchowej przemiany, aby pozbyć się kawałka szkła, które deformuje nasz prawidłowy ogląd rzeczy. Dotyczy to także podstawowego dla życia duchowego pojęcia, jakim jest wola Boża.

Wolność czy posłuszeństwo woli Bożej?

Mimo że wszyscy w modlitwie „Ojcze nasz” wypowiadamy słowa „Bądź wola Twoja”, to jednak wśród ludzi wierzących możemy znaleźć najrozmaitsze interpretacje tej frazy. Wielu uważa, że modlitwa modlitwą, ale człowiek powinien zupełnie samodzielnie, bez oglądania się na Boga, kształtować swoje życie, gdyż po to została mu dana wolność. Na przeciwległym biegunie znajdują się poglądy tych, którzy twierdzą, że nawet najbardziej drobne decyzje wymagają każdorazowego uzgodnienia z wolą Bożą, bo inaczej ryzykujemy realizowanie woli własnej, która z natury jest egocentryczna i zepsuta.

Równie szerokie jest spektrum poglądów na to, co wydarza się w naszym życiu bez naszego wpływu. Jedni chcieliby wszystko, co na nas spada, przypisywać nadprzyrodzonej Bożej ingerencji, drudzy dopuszczają myśl, że część – zwłaszcza bolesnych – wydarzeń, które nas dotykają, jest raczej sprawą Bożego dopustu aniżeli Bożej woli. Uporządkowanie tej stajni Augiasza, choć nie jest zadaniem łatwym, stanowi życiową konieczność, bo tylko właściwa perspektywa w spojrzeniu na ludzką wolność decydowania może nas ustrzec od poważnych błędów w rozwijaniu własnego życia duchowego.

Pozorne powaby grzechu

Z punktu widzenia teologii duchowości możemy powiedzieć, że celem naszego życia jest pełne zjednoczenie z Bogiem w miłości. Wiedzie doń długa droga, bo zwykle nie umiemy kochać ani Boga, ani ludzi, ani siebie i potrzebujemy czasu, nieraz całego życia, aby tę umiejętność posiąść. Dodatkowo proces ten utrudnia działająca w nas pożądliwość i zaburzone postrzeganie rzeczywistości (skutki grzechu pierworodnego), dlatego często dobrem wydaje nam się coś, co wcale dla nas nim nie jest.

Trafnie obrazuje to historia opisana w Księdze Rodzaju: Ewa, wbrew ostrzeżeniu, jakie dał jej Bóg, przyjmuje rolę prawodawcy i sięga po owoc poznania dobra i zła, bo wydaje jej się dobry do jedzenia, jest rozkoszą dla oczu i nadaje się do zdobycia wiedzy (por. Rdz 3). Podobnie dzieje się z każdym z nas, kiedy popełniamy jakikolwiek grzech. W naszym zamglonym namiętnością umyśle to, czego pragniemy, wydaje się dobre, obiecuje rozkosz i stanowi nowy, wartościowy rodzaj wiedzy. Dopiero po fakcie okazuje się, że to, co jawiło się jako dobre, ma gorzki smak, rozkosz zmienia się w palący ogień wyrzutów sumienia, a zdobyta wiedza jest zbyt kosztowna i lepiej byłoby takich kosztów nie ponosić.

Dodatkowym skutkiem grzechu, zwłaszcza ponawianego, jest uzależnienie, które zaczyna krępować naszą wolność, a czasem prowadzi do całkowitej degradacji człowieczeństwa. Paradoksalnie to, co wydawało się naszym wolnym wyborem, wolność nam odbiera, a gdyby nie lekarstwo sakramentu pojednania i pokuty, byłaby to droga bez wyjścia.

Pan Bóg, znając ludzką słabość, pozostawił nam Dekalog, abyśmy nie musieli metodą prób i błędów dochodzić do poznania tego, co dobre i złe. Pierwszym etapem życia z Bogiem jest więc szkoła współpracy z łaską w kierowaniu się przykazaniami Bożymi i odrzucania wszystkiego, co z nimi sprzeczne.

 

Między dobrem a dobrem

Na tym jednak duchowa droga chrześcijanina się nie kończy, ale właściwie dopiero się zaczyna, bowiem jego domeną tak naprawdę nie jest wybór między dobrem a złem (zło w sposób oczywisty zawsze trzeba odrzucić), lecz wybór dobra, które poprowadzi nas do autentycznego rozwoju większej miłości, tak do Boga, jak i do ludzi. Sprawa komplikuje się tu o wiele bardziej, bowiem nie ma ogólnych zasad stanowiących czytelne kryteria oceny naszych wyborów – w każdym przypadku muszą one być rozeznane w sposób indywidualny. Dla jednej osoby jakieś wewnętrzne pragnienie może być bowiem wyrazem woli Bożej, a dla drugiej podobna skłonność może stanowić bardzo niebezpieczną dla życia duchowego pokusę. Dla przykładu: można pragnąć powołania zakonnego dla królestwa Bożego, ale można też chcieć wstąpić do zakonu ze strachu przed światem i szukać w nim spokojnej przystani czy schronienia. Można chcieć małżeństwa z konkretną osobą z braku innej i z lęku przed samotnością, a można też w danej relacji widzieć dla siebie drogę rozwoju duchowego poprzez podjęcie pełnego zobowiązania w miłości. Już na tych dwóch przykładach widać, że różnica zwykle nie tkwi w samym przedmiocie wyboru, ale w motywacji, jaka nas ku jakiejś wartości skłania.

Jej odkrycie wcale nie jest sprawą łatwą, bo nieraz w sposób podświadomy korzystamy z bardzo wyrafinowanych sposobów samooszukiwania. Często nasze niechlubne motywacje ubieramy w bardzo wzniosłe pojęcia, a czasem zdarza się, że od lat popełniamy te same błędy. Kiedy gruntownie prześledzimy historię swego życia, to z łatwością namierzymy nasze życiowe pomyłki i wynikające z nich porażki. Niełatwo jednak wyciągnąć z nich konsekwentne wnioski. Nierzadko zdarza się bowiem, że kiedy po raz kolejny zostaniemy wystawieni na podobną pokusę, myślimy: „co było, to było, ale tym razem na pewno się uda” – i znów wpadamy w dawną pułapkę.

Widać stąd, że rozeznawanie duchowe wymaga bardzo głębokiej znajomości siebie, a nieraz – w trudniejszych sprawach – kompetentnej pomocy kierownika duchowego. To on, znając nas i Boże drogi naszego życia, wskaże, które nasze życiowe wybory okazywały się ślepą uliczką. Rolę duchowych doradców mogą też w konkretnych sprawach pełnić bliscy, którzy nas dobrze znają i nieraz już na pierwszy rzut oka wyczuwają uwiedzenie, jakiemu ulegamy.

Jak dowódca, który oblega zamek

Prawdziwym mistrzem rozeznawania duchowego był św. Ignacy Loyola, który w swoich „Ćwiczeniach duchowych” pozostawił bardzo cenne reguły tej sztuki. Z wielką wnikliwością potrafił pochylać się nad różnymi impulsami duszy, które winny być każdorazowo rozeznane. Jednocześnie cały ten proces ujmował w kategoriach duchowej walki – z jednej strony ringu znajduje się Bóg i Jego aniołowie, którzy chcą prowadzić człowieka do zbawienia, a z drugiej działa zły duch, który pragnie człowieka sprowadzić na manowce i wewnętrznie rozbić. Oprócz tych dwóch sił w walce tej bierze udział również ludzka natura. Warto pamiętać, że nasz organizm niejednokrotnie wysyła sygnały i je także powinniśmy rozeznać, aby iść tylko za tymi z nich, które prowadzą ku dobru.

W swojej duchowej wizji św. Ignacy porównuje złego ducha do dowódcy wojskowego, który ze swoją armią oblega zamek. Zwykle taki dowódca, zanim zaatakuje twierdzę, dokonuje gruntownego badania murów obronnych, aby uderzyć z całą siłą w najmniej strzeżony punkt. Święty Ignacy pisze: „Podobnie i nieprzyjaciel natury ludzkiej krąży i bada wszystkie nasze cnoty teologiczne i kardynalne, i moralne, a w miejscu, gdzie znajduje naszą największą słabość i brak zaopatrzenia ku zbawieniu wiecznemu, tam właśnie nas atakuje i stara się nas zdobyć” (n. 327). Metafora ta obrazuje wielką potrzebę samopoznania, szczególnie naszych słabości, które tak bezlitośnie potrafi wykorzystać nieprzyjaciel. Bywa niekiedy, że nasze życiowe porażki wydają się tylko niekorzystnym zrządzeniem losu i oskarżamy Pana Boga o to, że za słabo się nami opiekuje. Kiedy jednak przyjrzelibyśmy się wszystkim elementom podejmowanych przez nas w danym momencie decyzji, szybko okazałoby się, że w kryzysowej sytuacji ujawniła się jakaś nasza słabość.

Niczym anioł światłości

W przypadku osób, które gorliwie pragną pełnić w swoim życiu wolę Bożą, zły duch przyjmuje szczególnie wyrafinowaną taktykę. Święty Ignacy pisze: „Anioł zły ma tę właściwość, że przemienia się w anioła światłości (por. 2 Kor 11, 14) i że idzie najpierw zgodnie z duszą wierną, a potem stawia na swoim; a mianowicie podsuwa myśli pobożne i święte, dostrojone do takiej duszy sprawiedliwej, a potem stara się ją doprowadzić do swoich celów, wciągając duszę w ukryte swe podstępy i przewrotne zamiary” (n. 332).

Iluż ludzi w historii Kościoła (także najnowszej) poszło właśnie tą drogą! Najpierw w swojej wielkiej gorliwości zdawali się wyznaczać nowe kierunki działań w Kościele, później ich drogi zaczynały być coraz bardziej pokrętne, a wszystko kończyło się skandalem i całkowitym zanegowaniem dotychczasowych osiągnięć. Nam też zdarza się, że bywamy kuszeni nie tylko do zła, ale do pozornego dobra. Nawet najbardziej pobożne pragnienia mogą bowiem mieszać się z potrzebą poklasku czy bycia docenionym.

Święty Ignacy na tego typu problemy daje następującą receptę: „Powinniśmy bardzo zwracać uwagę na przebieg myśli. Jeżeli ich początek, środek i koniec jest całkowicie dobry, zmierzający do tego, co jest w pełni dobre, jest to znak dobrego anioła. Ale jeśli przebieg myśli, które nam poddaje, prowadzi ostatecznie do jakiejś rzeczy złej, albo rozpraszającej nas, albo mniej dobrej niż ta, którą przedtem dusza zamierzała, albo jeśli osłabia, niepokoi i zakłóca duszę, odbierając jej pokój, ciszę i odpocznienie, które przedtem miała, to jest to wyraźny znak, że [myśl taka] pochodzi od złego ducha, nieprzyjaciela naszego postępu i zbawienia wiecznego” (n. 333).

To proste zalecenie dotyczy kilku możliwych pokus, które warto omówić szczegółowo. Pierwsza pojawia się w sytuacji, w której pozornie dobra myśl „prowadzi do jakiejś rzeczy złej”. Nieraz nasze święte oburzenie z powodu czyjegoś zachowania niepostrzeżenie zamiast w obronę wartości przeradza się w agresję, która ze świętością nie ma nic wspólnego. W takich sytuacjach nasze zachowanie staje się antyświadectwem dla prawd, które głosimy, a porzekadło „modli się przed figurą, a diabła ma za skórą” dobrze obrazuje to, jak wtedy jesteśmy postrzegani przez otoczenie.

W drugiej opisanej przez św. Ignacego sytuacji pozornie dobra myśl okazuje się „mniej dobra niż ta, którą przedtem dusza zamierzała”. Choć dane zamierzenie wydaje się nam dobre, kiedy zaczynamy je rozważać albo wprowadzać w czyn, pojawiają się konsekwencje w znacznym stopniu umniejszające zakładane na wstępie dobro, których wcześniej nie przewidywaliśmy.

Wreszcie trzecia opisana sytuacja ukazuje pozornie dobre zamierzenia, które jednak w konsekwencji nas rozpraszają, osłabiają, odbierają duszy pokój i „odpocznienie”. To klasyczny przykład podejmowania w dobrej wierze zamierzeń przerastających nasze możliwości. Wskazuje on na to, że w różnych naszych inicjatywach musimy mierzyć siły na zamiary, a gdy pojawiają się niepokojące sygnały, bardzo gruntownie rozeznawać, czy są one wyrazem naszej małoduszności i niechęci do wyrzeczeń, czy też znakiem, że dane przedsięwzięcie, choć obiektywnie dobre, nie jest dla nas.

Kiedy popełnimy błąd

Analiza własnych myśli zwykle nie jest łatwa. Warto zatem ćwiczyć się w tej umiejętności. Z pewnością możemy przywołać z pamięci takie sytuacje, w których ujawnia się dwuznaczność naszych postaw i zachowań. Głęboki namysł nad tą sferą naszego życia może być bardzo cenny.

Święty Ignacy ukazuje, jak zbawienne jest odkrycie zastawionej na nas pułapki złego ducha: „Gdy nieprzyjaciel natury ludzkiej da się odczuć i rozpoznać po swoim ogonie wężowym, i po złym celu, który podsuwa, wtedy ten, co był kuszony, odniesie duży pożytek, jeśli zaraz potem rozważy przebieg dobrych myśli, które on mu poddawał, i początek ich, i jak powoli starał się odciągnąć go od owej słodyczy i radości duchowej, w której się znajdował, aby go doprowadzić do swego przewrotnego zamiaru; i tak dzięki temu doświadczeniu, przeżytemu i zachowanemu w pamięci, niech się w przyszłości strzeże przed jego podstępami, które zwykł podsuwać” (ĆD, 334).

Paradoksalnie pożytek można odnieść również z sytuacji, w której ulegliśmy pokusie i daliśmy się omamić pozornie dobrym natchnieniom pod warunkiem, że przeanalizujemy kierujące nami myśli i konsekwencje, do jakich nas doprowadziły, a potem wyciągniemy z tego wszystkiego wnioski na przyszłość. Drobne błędy w rozeznawaniu mogą stanowić inspirację do tego, aby wzmocnić te miejsca, w których nasze mury obronne są zbyt słabe, aby stawić opór nieprzyjacielowi. Kiedy nasza praca wewnętrzna nad porażkami będzie miała taki charakter, uchronimy się od błędów, które mogą mieć bolesne konsekwencje dla naszego życia.

Cezary Sękalski

Głos Ojca Pio 6/2008
Poleć znajomym
  • gplus
  • pinterest